|
|
Wieczór...
Wieczór.
Wracam spokojnym spacerem z dworca. Uśmiechnięty szeroko, nikomu nic nie wadzę. Nagle za mnie podjeżdża czarny Van z przesuwanymi drzwiami. Wysiada z niego dwóch ubranych na czarno zamaskowanych mężczyzn. Nic więcej nie zdążyłem zobaczyć. Łapią mnie szybko i zakładają na głowę kaptur. Wszystko robi się czarne… słyszę ponaglenia ze strony kierowcy… jest ich co najmniej trzech. Wrzucają mnie do furgonetki - są strasznie silni. Padam twardo twarzą na podłogę a po chwili czuje ostry ból z tyłu czaszki i wszystko zaczyna odpływać w dal…
Nie wiem jak długo byłem nieprzytomny, ale wciąż jestem w Vanie. Słyszę odgłos silnika – stłumiony przez ogromny jeszcze ból i zawroty głowy – oraz rozmowę porywaczy. Jeden z nich strasznie głośno mówi, chyba klnie do któregoś z pozostałych… odgłos otwartej dłoni mocno padającej na jego twarz ostatecznie go ucisza. Widocznie szef tej szajki ma odmienne zdanie. Czuje wyboje na drodze… jeden zakręt w lewo… drugi w prawo… trzeci… zdecydowanie za dużo żeby cokolwiek zapamiętać na wypadek ucieczki. O ile ona kiedykolwiek nastąpi. Jessusss co oni mają zamiar ze mną zrobić ?!?!
Ręce mam związane za plecami. Próbuje poruszać nogami – bezskutecznie, też są związane. Powoli obracam się na bok… i na tym koniec. Czuje wszechogarniający ból w brzuchu, płucach, klatce piersiowej… z trudem łapię oddech, zaraz chyba zwymiotuje. Jego twardy, wojskowy but zrobił swoje… płacząc, na nowo wszystko zaczyna się rozmywać… tracę przytomność.
Siedzę… chyba na krześle. Nic nie słyszę. Jedynie swój oddech – przyspieszony, płytki… prawie histeryczny. Czuje, że zaraz zwariuje. Nie mam najmniejszego pojęcia co się dzieje!! O co w ogóle chodzi ? Kim są ci mężczyźni ?! Czego ode mnie chcą ?!?!?!
- Aaaaaaaaaaaaaaaaa. Aaaaa aa a aaa aaaaaaaaa. AAAAAAAAAAAAAAAA!!
- Pomocyyyyyyyyy !!!!!
Jak szybko zacząłem krzyczeć, tak szybko się zamknąłem. Popełniłem właśnie najgorszy z błędów… zaraz tu przyjdą !!
Jednym szybkim ruchem ktoś ściągnął mi kaptur z głowy. Zaraz po nim nadszedł niespodziewany cios w moją szczękę – jeszcze nic nie zdążyłem zobaczyć a już mi się obraz zamazuje. Pluję na oślep krwią – w nadziei, iż trafię oprawce. Bezskutecznie… to już trzeci cios dzisiaj ! W całym swoim życiu łącznie tyle nie dostałem ! Kurwa Mać !!! Co jest grane?!
Wiadro lodowatej wody ląduje na mojej głowie – szok. Łapię panicznymi haustami powietrze. Wizja zaczyna powracać. Oczy pieką od dwóch lamp skierowanych prosto na moją twarz. Są jedynym źródłem światła w całym pokoju… a moi „wielbiciele” stoją po za ich zasięgiem. Bezpiecznie schowani w cieniu – stara filmowa sztuczka… a jednak działa. Widzę błysk ich zębów oraz słyszę nieziemski rechot… śmiech ! Cieszy ich zaistniała sytuacja !!
Nim udaje mi się zobaczyć coś więcej na mojej twarzy ląduje seria plaskaczy. Nosz kurwa !! Ileż można !!??
- Wiesz dlaczego się tu znalazłeś ? – pyta nieznajomy. Jego głos jest twardy i zimny, Przeszywa, aż do szpiku kości. Przypomina…
- Zadałem Ci pytanie. Głuchy jesteś ? – jednostajny, wręcz monotonny ton. Dla niego to chyba rutyna. Sądzę, że… PLASK !! Ból… pieczenie…
- Powiem Ci jak to działa. Ja pytam a ty odpowiadasz. Jeśli zajmie Ci to za długo to mój umięśniony kolega pomoże Ci pozbierać myśli. – i znowu ten szyderczy śmiech – Zrozumieliśmy się ?? – chyba to on tu jest szefem.
- T… Ta… Tak – ledwo udaje mi się wypowiedzieć to jedno słowo. Czuję pulsujący, narastający ból w brzuchu… głowie a zwłaszcza w szczęce.
- No to skoro już to sobie ustaliliśmy no to proszę o odpowiedź na wcześniejsze pytanie.
- Jakie ? – PLASK !!
- JA TU JESTEM OD ZADAWANIA PYTAŃ !!! Więc...... ?
- Ni… Nie… Nie wiem dlaczego tu jestem – wydusiłem.
- No ! Czy to było takie trudne ? – powiedział spokojnie… za spokojnie jak na mój gust. – No to zanim Ci wszystko wytłumaczę to pozwól, że na chwile Cię opuszczę. Widzisz… mój kolega o którym to wcześniej wspomniałem ma bardzo interesujące hobby. Mianowicie lubi sprawiać ludziom ból. A żeby być bardziej konkretnym to ogromne ilości bólu… - to powiedziawszy wskazał dłonią na niewidoczny do tej pory mały stoliczek. Leżały na nim wszelakie narzędzia. Wyglądały bardzo chirurgicznie, ale od razu rzuciły mi się w oczy narzędzia które bardzo odstawały od reszty… mianowicie wiertarka… korkociąg… młotek… szpikulec do lodu… nożyczki… duży worek soli. Wolałem nie myśleć po co im to wszystko. Niestety obrazy wyszukanych tortur wszelakich nie chciały opuścić mojej głowy.
- NIE !!! NIE IDŹ !!! – krzyczałem najgłośniej jak tylko mogłem. – POWIEM CI WSZYSTKO CO CHCESZ WIEDZIEĆ !!! TYLKO O CO W TYM WSZYSTKIM KURWA CHODZI !?!?!?! – czekałem dłuższą chwile… jednak cios nie nadszedł.
- Nie wiesz ? – udając zdziwienie wyszczerzył swoje zadbane zęby w uśmiechu - Oj wydaje mi się, że wiesz doskonale o co mi chodzi. To może ja sobie pójdę ? Mój sadystyczny kolega z przyjemnością dotrzyma Ci towarzystwa…
- NIE !! nie… – nie mogę powstrzymać paniki.
- Heh. No to słucham. Dlaczego to zrobiłeś ?
- Nie miałem innego wyjścia… - nie wiem co robić. Nie mam pojęcia o co chodzi temu psychopacie !! Jedyne co mi pozostaje to blef dopóki nie dowiem się o co w tym wszystkim chodzi.
- Nie miałeś innego wyjścia ?! – szydzi ze mnie. Słyszę jad ściekający z jego języka aż na podłogę – Zawsze jest inne wyjście ! Nie uczyła Cię tego mama ?!
- Po prostu nie wiedziałem co mam zrobić. Wydawało mi się to najrozsądniejszym co mogłem zrobić. – dalej kłamie…
- Chcesz mi powiedzieć, że wolałeś ukraść aniżeli pójść do sklepu jak cała reszta społeczeństwa ?! – już nawet nie stara się kontrolować ani ukrywać irytacji w głosie.
- Oooo mam racje? Nie podoba Ci się mój pomysł jak widzę. – Zauważył chyba zmieszanie i strach na mojej twarzy i wziął je za jakąś pogardę jego pomysłem… a ja najzwyczajniej w świecie nie mam pojęcia o co chodzi !! Mają nie odpowiedniego człowieka !! To nie może być prawda !! Co ja tu robie… ? Ehh… przynajmniej sytuacja zaczyna się naświetlać.
- Nie. Nie o to chodzi. Po prostu tak wyszło. – wzruszyłem bezradnie ramionami.
- I myślisz, że to Cię usprawiedliwia ? Heh. Może noc w tym miejscu troszke Cię zmiękczy. – Na te słowa oczy mi się powiększyły z przerażenia.
- Nie ! Proszę nie !!
- Trzeba było myśleć zanim cokolwiek zrobiłeś. Teraz cierp. – wzruszył ramionami i głupkowato się uśmiechnął po czym machnął na swoją „małpę” i oboje wyszli.
Zgasło światło a ja zostałem całkowicie sam przykuty do krzesła. Szarpie się i tarmoszę. Krzyczę poprzez łzy. Podskakuje razem z krzesłem… ale jedyne co udaje mi się osiągnąć to przewrócenie się razem z krzesłem na podłogę. Przy czym tym razem sam sobie jestem winien bólu głowy.
- Ja chcę do domu… za co ? za co….. ? – płacząc z całkowitego wyczerpania zasypiam.
Śni mi się dom… moje wygodne wyrko, ciepła pościel i jakiś ciekawy film. Całkowicie beztroska rzeczywistość. Pojawia się moja dziewczyna w sexownej bieliźnie i jakimś dziwnym trafem film schodzi na dalszy plan. Podchodzi do mnie delikatnym krokiem. Staje nade mną z tym swoim uśmiechem za którym kryje się coś… po prostu coś. Rozpina biustonosz, ale piersi zakrywa ręką… Mmmmm chce trochę pokusić… i nagle kopie mnie w brzuch swoim wojskowym butem.
- Ekhhhhhh !! Cooooo… - nie mogę złapać powietrza. Dusze się…
- Witaj witaj śpiąca królewno. – Słodki ton jego głosu działa na mnie jak kryptonit na supermana. – Wyspałeś się ?
- Aaaaaaammnmpllmklm…
- Co mówisz ? Pytasz jak ja spałem ? Ależ dziękuję ! Jak niemowlę. – zaczynam powracać do rzeczywistości i wszystko nabiera kolorów. Oddech mi się uspokaja. Dalej leże na podłodze a z tej perspektywy mam idealny widok na jego masywne buciory, które tak bardzo przydają mu się w jego pracy. Zresztą jak widać cieszy go to. – Pojechałem do domu, gdzie zjadłem sytą kolacje a potem pieprzyłem się z moją żoną prawie do samego rana. Także to była udana noc. A Twoja jak minęła ?
- P… pierdol się ! – próbuję napluć mu w twarz, ale niestety jest trochę poza moim zasięgiem… i oczywiście stale w cieniu.
- Oj nie ładnie tak z Twojej strony. Tsk tsk tsk… - macha palcem przed moją twarzą jak do niegrzecznego dziecka, które czegoś nie powinno robić. – Zaraz Cię od nowa nauczymy manier.
Wszedł jego kolega i bez najmniejszego problemu podniósł mnie razem z krzesłem z ziemi i wróciłem do pozycji z dnia poprzedniego. Już czuje, że nie będzie przyjemnie…
- No to co proponujesz ? Młotek ? Wiertarkę ? – odezwał się jego kolega z dziwnym grymasem na twarzy, który przypominał uśmiech. A ja na te dwa słowa zmiękłem natychmiastowo… krew odpłynęła mi z twarzy i zacząłem się trząść. – ooo widzę, że zaczynasz „powracać” do wczorajszej formy. Miło mi to widzieć. – zadowolony ton jego głosu wcale a wcale nie poprawił mi nastroju…
- Zrobię co tylko zechcesz… po prostu puść mnie. Chce wrócić do domu…
- Oooo już ? Już chcesz nas opuścić ? A my się właśnie rozkręcamy. – znowu ten szyderczy śmiech przyprawiający o dreszcze. – Wiesz… no skoro tak ładnie prosisz.
- Tak ! Proszę ! Ładnie proszę ! – panika, histeria i wiele innych uczuć na raz, których nawet nie potrafię nazwać w tym momencie.
- No to wystarczy po prostu, że przeprosisz i przysięgniesz, że już nigdy w życiu tego nie zrobisz. – Powiedział spokojnie jakby od niechcenia.
- Tak ! Przepraszam bardzo ! Naprawdę nie chciałem ! I przyrzekam, że już nigdy w życiu tego nie zrobię !! – a ja dalej nie mam najmniejszego pojęcia o co w tym wszystkim chodzi… ale jeśli te parę słów wystarczy, abym trafił do domu… abym przeżył !!
- No widzisz. Czy to było takie trudne ?
W jednym momencie w pokoju zapaliły się wszystkie światła. Co mnie na chwile oślepiło i zdezorientowało. Uśmiechnięty, szczupły aczkolwiek dobrze zbudowany mężczyzna w średnim wieku podchodzi do mnie powoli… z nożem w prawej dłoni.
- Nnn… Niee. Odejdź !! Nie zbliżaj się !!
- Ależ nie ma powodu, żeby się denerwować. – Wygląda przeciętnie. Taki typ człowieka na którego byś nawet nie spojrzał na ulicy. – Skąd ta panika ?
Zniknął za moimi plecami. Mój Boże !! Pewnie ma zamiar podciąć mi gardło. Nieee… Zamykam oczy i czekam na tą chwile… która nie nadchodzi. Słyszę upadający sznur na posadzkę i czuję dziwny luz na nadgarstkach. Otwieram oczy. Mam wolne ręce. Zdziwienie maluje się na mojej twarzy a po chwili mam też wolne nogi.
Nie mam odwagi ruszyć się z miejsca. Dziwny facet ubrany po cywilnemu podchodzi do mnie i podaje mi dłoń…
- No chodź. Wstawaj. Odwieziemy Cię do domu. – mówi to spokojnie i przyjacielsko jak do kumpla. Waham się przez chwile, ale im szybciej stąd wyjdę tym lepiej. Dopiero teraz mam okazje rozejrzeć się trochę po pokoju. Wygląda normalnie. Mały biały kwadrat 3x3 niczym szczególnym się nie wyróżniający… poza jednym. Na ścianie namalowane jest logo Microsoftu. Patrzę się na „szefa” ze zmieszanym wzrokiem i dopiero teraz dostrzegam na jego piersi identyfikator. Imienia i nazwiska nie zapamiętałem… coś zagranicznego. Podpisane było „Dyrektor ds. ochrony – Microsoft Polska”. Widzi moje zmieszanie i konsternacje na twarzy.
- I pamiętaj na przyszłość… przyrzekłeś a my Cię i tak będziemy mieć na oku. Więc lepiej kup w końcu tego oryginalnego Windowsa jak Ci dobrze radze. – Powiedział ze szczerym uśmiechem na twarzy. A mnie ręce opadły… TO O TO WSZYSTKO CHODZIŁO ?!!?!?!?!?! Krzyczę w swojej głowie, aby się nie zdradzić.
- Ta… Taak. Już nigdy więcej tego nie zrobię.
- Nasz kierowca odwiezie Cię pod sam dom. Nie musisz się już o nic martwić.
Już wychodzę powoli i dalej nie mogę uwierzyć, że to wszystko działo się naprawdę.
- Aha ! – zawołał na odchodnym za mną – a narzędzia i tak były gumowe.
2007-06-25 20:36:46
skomentuj (25)
Thingy
Młodzieniec pochodzący z bogatej rodziny. Mający dwie młodsze siostry i brata. Pewnego mrocznego wieczoru podczas spaceru po wrzosowisku niespodziewanie został zaatakowany przez bezimienną bestie. Walka była krótka i prawie bezkrwawa. Od razu było widać, że śmierć młodzieńca nie leżała w zamiarach besti... Chłopak powoli odczuwał zachodzące w nim zmiany, jednak nie wiedział do końca co się z nim tak na prawdę dzieje. Pewnej nocy podczas pełni z niewiadomych powodów stracił przytomnosć u siebie w sypialni. Obudziwszy się rano znalazł w salonie zmasakrowane zwłoki swoich rodziców, sióstr oraz brata... zaczęły wracać do niego obrazy minionej nocy... obrazy na których widział samego siebie... tylko przemienionego... mordującego w niewyobrażalny sposób całą swoją rodzine. Widział ich przerażone twarze... słyszał ich krzyki i wołania o pomoc... ich ciepła krew pokrywała całą jego twarz i kilkunastocentymetrowe kły........... i to co widział bardzo mu się podobało... Wiedział, że od teraz nic już nie będzie takie jak dawniej.... wiedział, że nie spocznie dopóki nie zaspokoi tego głodu... i tej przerażającej aczkolwiek wielce intrygującej żądzy krwi i mordu.... Nie spocznie dopóki nie znajdzie owego Bezimiennego aby mu podziękować za okazaną "pomoc"... podziękować za ofiarowany mu dar.
2006-11-23 19:02:18
skomentuj (8)
Intrygujące...
Właśnie wróciłem z kina. Byłem z kumpelą na Piratach z Karaibów 2 (dobry film… polecam tak na marginesie) i wracając już do domu autobusem zdałem sobie z czegoś sprawe… mianowicie nie mam do kogo napisać smsa…
Zaczynając od początku. Od kilku dni jestem przeziębiony. Katar, gardło, ból głowy… zwłaszcza to ostatnie dzisiaj. W ciągu dnia ból się nasilił i to bardzo… w kinie nawet jakoś na to nie zwracałem uwagi (byłem zbyt skupiony na filmie jak sądze) a gdy wyszedłem znowu się odezwało… Back to the point… jadąc autobusem miałem taki malutki „atak” bólu głowy (kilku sekundowe uczucie jakby coś Ci chciało rozwalić głowe od środka…) i gdy już przeszło uderzyła mnie inna sprawa. Nie mam do kogo napisać o tym smsa. Wiem, wiem… myślicie, że to błahe czy coś w tym stylu… ale po głębszym zastanowieniu ma całkowity sens.
Mam znajomych… mam nawet przyjaciela… ale nie mam nikogo do kogo w tamtym momencie mógłbym napisać tego głupiego smsa, że właśnie bardzo mnie zabolała głowa :/ Czy też noga, czy palec czy że źle się czuje czy cokolwiek… czy że miałem zły dzień lub tydzień tudzież rok… Ludzie mają takich znajomych przecież. Takich „pocieszycieli” lub po prostu kogoś komu można poględzić troche… A ja nikogo takiego nie mam…
Do swojego przyjaciela nie napisze bo usłysze coś w stylu „cipa jesteś… choć na piwo” czy coś w tym stylu :) co nie jest tak do końca złe… w końcu to męska przyjaźń więc czego tu się spodziewać…
Kiedyś napisałbym do Sylwii… teraz… już nie napisze… ma swoje życie, którego już ze mną nie dzieli. A właśnie kogoś takiego bym teraz potrzebował… nie udało mi się jeszcze zawiązać znajomości z kobietą która mogłaby być dla mnie tym kim była dla mnie Sylwia… czy też Ania lub Justyna… kogoś do kogo mógłbym właśnie napisać takiego głupiego smsa :) komu mógłbym się wyżalić. Kto by mnie przytulił i wysłuchał i nie osądzał za moje czyny a był dla mnie jak potrzebuje… przyjaciółki…
A nikogo takiego nie mam…
Heh żałosne w gruncie rzeczy…
Jak to ktoś kiedyś powiedział… pośród ludzi także jest się samotnym (czy jakoś tak). Dopiero teraz to rozumiem.
2006-07-30 00:17:53
skomentuj (11)
No i się w końcu zabrałem za to pisanie…
Właśnie jestem po kąpieli… po kąpieli jak to mam w zwyczaju spokojnej (Definicja spokojnej kąpieli -> napuszczam sobie tak z pół wanny wody i kładę się w niej tak abym się unosił. Głowa tak, aby ponad taflę wody wystawał mi tylko nos, oczy i usta. Czekam aż uszy napełnią mi się wodą… zamykam oczy, uspokajam swój oddech… krótkie ciche oddechy. Zaczynam się w nie wsłuchiwać i w bicie własnego serca. To jest mój Azyl… moja Utopia… moje Sanktuarium… wtedy się wyciszam. Mogę naprawdę odpocząć po trudach minionego dnia… wtedy mogę poskładać ten zlepek myśli… ułożyć to wszystko w jedną spójną całość. Wtedy dopiero wszystko nabiera sensu i mogę znaleźć rozwiązania na dręczące mnie problemy. Takie niby nic… a jednak daje mi aż tyle. Znam ten sposób już od kawałka czasu, ale jednak dopiero jakoś niedawno zacząłem go w pełni wykorzystywać…. Bardzo żałuje, że tak późno… zaoszczędziłbym sobie w cholere bólu… i w cholere problemów).
Wypadałoby na dzień dobry napisać, co się u mnie działo przez ten kawałek czasu jak mnie tu nie było. Głównie mi tu chodzi o osoby, które nie utrzymują ze mną jakiegoś stałego kontaktu i które się mogły ciekawić, co ja takiego robiłem przez te ponad pół roku.
Więc… skończyłem jakoś ostatnio na maturze. Zdałem ją (3 3 3 3 3)… i to jest najważniejsze :D po co się zagłębiać w to dlaczego takie oceny a nie inne. Ważne, że zdałem i już :P Jasne, nie był to szczyt moich możliwości… ale ja nigdy nie byłem typem któremu się chce po te możliwości sięgnąć.
Po maturze z marnymi skutkami zdawałem na Filologie Angielską na UŚ (ogólnie to był jeden wielki błąd… wszystko było jakimś wielkim nieporozumieniem…)… więc w przypływie paniki złożyłem papiery na masaż zaoczny (mam z tym co nieco marzeń związanych), ale pod wpływem matki przeniosłem te papiery na zaoczną filologie angielską (poniekąd znowu wielki błąd)… no i tkwię tam do dnia dzisiejszego.
Wakacje zmarnowałem jak tylko się dało najlepiej… się znaczy nic nie robiłem od rano do nocy. Nawet nie miałem na tyle samo zaparcia, aby w końcu skończyć te prawo jazdy (robie do dnia dzisiejszego… będzie to już jakieś 2 lata… podkreślam BEZ ani jednego podejścia do egzaminu). Kontynuując… od października zatrudniony jestem na czas nieokreślony w Szpitalu Górniczym na OIOMie jako Sanitariusz. Będzie już jakieś 4 miesiące. Praca nie jest taka ciężka, ale potrafi dać po dupie. Niektóre dni są tak wykańczające, dołujące, przygnębiające i męczące, że to się w głowie nie mieści i się wszystkiego odechciewa… a zwłaszcza pracy tam. Nie każdy 20 latek może się pochwalić, że tak średnio 2x w tygodniu trafia mu się zgon przy którym co nieco musi pomóc a potem go wywieźć :/ Szczerze mówiąc to póki co nie odczuwam wpływu tego na moją psychike, ale coś czuje, że da to o sobie znać jakąś znieczulicą, lub czymś podobnym. Mam 20 lat !! Powinienem w kwiaciarni pracować czy coś. No, ale przynajmniej mam na swoje własne potrzeby. Tu jakaś pierdoła, tam jakaś pierdoła. Chociaż zawsze mogłoby być więcej >:] hehe
Póki co planuje pracować do czerwca lub lipca… jeszcze nie wiem. Potem składam papiery na dzienną Filologie Angielską na UŚ na program tłumaczeniowy i na AWF na masaż 5cio letni (bardzo bym chciał tego spróbować).
Jak to będzie ? Co będzie dalej ? Nie mam najmniejszego pojęcia… ale to mnie jakoś nie rusza, gdyż zawsze tak było. Zawsze uprawiałem jak to moja siostra określiła „tomiwisizm”. Nic mnie nigdy nie obchodzi, wszystko mam w dupie, niczym się nie przejmuje, interesuje się tylko tym czym aktualnie chce się interesować. Może to nie jest do końca dobre podejście, ale jakoś zawsze się sprawdzało… no i nie do końca to prawda to co siostra powiedziała. Bo ona mnie widziała tylko w domu a poza nim to nie zawsze tak działa. To jakoś łatwiej jest uprawiać tomiwisizm względem osoby, którą znam 20 lat niż wobec osoby, którą znam rok…
-----------------------------------------------------
Chciałem napisać o kobietach, które straciłem w swoim życiu z mojej czy też z ich winy. Powód ? Chciałem to uwiecznić gdzieś i zarazem podzielić się swoimi przemyśleniami jak to zwykle.
(troche tego będzie…)
Zaczne chyba od początku.
Justyna -> dziewczyna poznana na czacie. Początki mojego Internetu i gdyby nie on to bym do dzisiaj siedział w domu jak w samotni bez znajomych i pozbawiony jakiegokolwiek kontaktu ze światem zewnętrznym. Koniec końców spotkaliśmy się i było super. Potem spotykaliśmy się co tydzień praktycznie, na zlotach z resztą znajomych. Stosunki między nami się robiły coraz lepsze, ale podkreślić musze, że wszystko było czystko przyjacielskie i tak właśnie miało być. Żadne z nas nie pchało tego w innym kierunku i było bardzo dobrze. Zaczęło nam na sobie zależeć i to bardzo… zwierzaliśmy się sobie, ciągle rozmawialiśmy na gg. Byliśmy sobie coraz bliżsi. Widywaliśmy się częściej i częściej…
Minął może rok… półtora. Zjawił się Miłosz… po paru podchodach zaczęli ze sobą być. Wszystko tak pięknie i tak super… a ja oczywiście ciesze się szczęściem swojej przyjaciółki. Do czasu… do czasu, aż ona przestała mieć dla mnie czas… przestała się ze mną spotykać… przestała mi poświęcać jakąkolwiek uwagę. Zawsze był tylko Miłosz, Miłosz, Miłosz… a pamiętam do dzisiaj jej słowa „Szymon pamiętaj… jak będziesz w związku. Pod żadnym pozorem!! Nie zapomnij o swoich przyjaciołach” powtórzyłem jej to w trakcie jej zapominania o mnie… bez skutku… olała mnie tylko większym strumieniem chłodnego moczu. Po chyba półtora roku czy dwóch latach zerwali. Przyznam kurwa, że bardzo się z tego cieszyłem i miałem ogromną satysfakcje, że w końcu dostało jej się za swoje, gdyż to on z nią zerwał. Muszę jeszcze napomknąć, że przez ten czas nie próżnowałem i co jakiś czas regularnie wchodziłem jej na ambicje jakimiś wyrzutami itp. co odnosiło jakieś pomniejsze skutki. No i wtedy potem do niej zagadałem i powiedziała, że wszystkiego żałuje itp. ale jak widać już za późno było… nie potrafiła cośtamcośtam i już nie chciała mnie więcej ranić… i literki po niej na gg zaginęły. Bolało to wszystko jak skurwysyn :/ zmieniła mnie ta sytuacja bardzo… stałem się mniej ufny i bardziej ostrożny… ale jednak nie za bardzo…
Ania -> Starsza ode mnie, wysoka, sympatyczna, bardzo otwarta, wiecznie uśmiechnięta. Znaliśmy się jakiś czas, ale jakoś wszystko było normalnie. Potem pewnego dnia jakoś zaczęło coś iskrzeć tak niespodziewanie. Coraz częstsze rozmowy na gg… coraz częstsze spotkania… niespodziewani itp. Śmichy chichy… Tu już chodziło o związek, ale jakoś żadne z nas nie miało na tyle odwagi, aby to popchać dalej. Cholernie tego żałuje… mogłem tylko zyskać a tak to lipa. Nagle przyszły jej studia i… i nic. Zero… kompletne nic. Urwała po prostu kontakt O.o do dziś nie wiem co jest grane i o co biega… bardzo nie fajne uczucie… zwłaszcza jak Ci na kimś zależy…
Ania (number 2) -> młodsza, niższa… poza tym wszystkie cechy pani poprzedniej + owiele bardziej otwarta. Byłem z nią dwa razy… potem pozostaliśmy na stopie przyjacielskiej. Można by nawet powiedzieć, że to był taki luźny związek. Tłumaczyć nie musze co to jest luźny związek bo chyba każdy wie. Ma jeden głupi zwyczaj! Potrafiła pod jakimś głupim pretekstem odtrącić mnie, wyrzucić ze swojego życia na 3-6 miesięcy a potem zadzwonić jakby nigdy nic :/ chociaż wpierw musiał wyciągać do niej dłoń tyle razy ile tylko się dało a jeszcze więcej razy po niej oberwać… a wszystko dlatego, że cholernie mi na niej zależało… zależy… do tej pory odtrąciła mnie 3x. Przed ostatnim razem wszystko było zajebiście zajebiście było lepiej niż kiedykolwiek. Byliśmy tak blisko siebie, że byłem po prostu wielce zdziwiony i zachwycony (wszystko jako przyjaciele + wolny związek w chwilach wolnych od partnerów). No ale dostało mi się znowu pod jakimś błahym pretekstem. Dowiedziałem się po ponad roku jakoś miesiąc temu, że odtrąciła mnie dlatego, że byłem dla niej zbyt dobry. Wiedziała, że nie może mnie mieć na stałe więc wolała mnie wyrzucić ze swojego życia zanim by mi wyszła z propozycją jakiegoś związku, gdyż wiedziała, że ona by tego nie wytrzymała. No normalnie… aż mnie chooj strzela jak sobie myśle, że zebrałem po dupie dlatego, że byłem ZA DOBRY :/ Jest w szczęśliwym związku od 7 miesięcy…
Sylwia -> Moja najlepsza przyjaciółka. Jedyna w swoim rodzaju kobieta. Pierwsza dziewczyna, która usłyszała ode mnie „kocham Cię” z wzajemnością. Kobieta z którą zżyłem się ponad życie. Na której mi zależało najbardziej ze wszystkich osób kiedykolwiek. Która zabierała mnie na wypady… wprowadziła do swoich znajomych. Z którą dzieliłem wszystkie tajemnice, wszystkie przemyślenia, wszystkie problemy i wszystkie szczęścia (z wzajemnością) a jednocześnie… osoba którą mimowolnie wypycham ze swojej pamięci dla której nie ma już tam miejsca. Byliśmy sobie zbyt bliscy, żeby teraz nagle nie utrzymywać kontaktu i żeby dalej wszystko mogło być w porządku… Znalazła sobie chłopaka. Już wcześniej miała i jakoś było normalnie. Teraz jednak jest inaczej. Od kiedy go sobie znalazła zaczęło się dziać coraz gorzej. Wszystko praktycznie tak jak w przypadku Justyny. Schemat się powtarzał… i ja to widziałem…po raz drugi :( Zdawało mi się, że znam ją na tyle i że jest ona na tyle inteligentna, żeby nie dopuścić do braku kontaktu pomiędzy nami. Kurewsko się myliłem… gdziekolwiek bym nie spojrzał KRZYSIEK… kiedy bym nie rozmawiał krzysiek… o czymkolwiek mowa krzysiek… itp. itd. A kontakt coraz bardziej zanikał. Ja jestem przylepa i to ogromna… już nieraz to słyszałem i szczerze mówią bardzo mi to pasuje. Lubie się przytulać a zwłaszcza jeśli jest to osoba na której mi zależy. Bardzo mnie zabolało… jak Sylwia mi powiedziała abym się do niej nie przytulał przy krzyśku, gdyż „są potem pomiędzy nami nieprzyjemności” wniosek -> Krzysiek jest paranoicznie zazdrosny i jak kiedyś jak się przypadkowo spotkaliśmy na centrum uściskałem Sylwie po w chooj długiej rozłące to w Krzysiu się gotowało. Potem powiedział to sylwi a Sylwia w delikatnej treści powiedziała mi to. Moja najlepsza na świecie przyjaciółka zabroniła mi się do siebie przytulać :/ nóż kurwa w serce które sam podałem na tacy… niczego się nie nauczyłem. Efekt -> przestałem się do niej całkowicie przytulać… i to był kamień milowy na naszej drodze do rozłąki… od tamtego momentu zaczęliśmy się jeszcze bardziej oddalać. Ciągle jej mówiłem co i jak. Starałem się jej przegadać. Cały czas mówiła, że znajdzie dla mnie czas w wakacje… przyszły wakacje i spotkaliśmy się raz… wiecznie nie miała czasu dla przyjaciela ale jakoś dla krzysia miała go zawsze… zawsze się z nim widziała… wychodzili razem do barów, na dyskoteki itp… a ja poszedłem w odstawke… na boczny tor. Wypominałem jej to cały czas i dalej wypominam. Ona widzi, że to jej wina… ale na tym się kończy... usłyszałem przepraszam… ale na tym się kończy… dalej robi swoje. Nic nie pomogło… do dziś żałuje, że się nie zebrałem w sobie i nie pierdolnąłem go za to, że mimo wszystkich zapewnień z mojej strony i ze strony sylwi on pozostał paranoicznie zazdrosny. Wiem, że pewnie i tak bym dostał wpierdol i to ostry bo zawodnik ze mnie żaden… ale byłaby przynajmniej satysfakcja tego pierwszego ciosu… o ile bym trafił…
Tym jakże miłym wyobrażeniem zakończe dzisiejszą notkę…
Życzę wszystkim spokojnej nocy i słodkich snów :* mŁaaaaaaaaaa
Mam nadzieje, że będę się tu pokazywał częściej…
2006-01-27 22:14:02
skomentuj (14)
design by ME
All right reserved
|
|
księga
gości
2007 czerwiec 2006 listopad lipiec styczeń 2005 maj kwiecień marzec styczeń 2004 listopad wrzesień sierpień lipiec czerwiec maj kwiecień marzec luty styczeń 2003 grudzień listopad
blog.pl
|